Artykuły

Ks. Jan Rzepa, Na piętnastą rocznicę śmierci biskupa Karola Pękali
w: Currenda. Pismo urzędowe Diecezji Tarnowskiej, 1982, s. 293-315.

Od Autora:
Są to wyjątki z artykułu (w maszynopisie) pt. "Tamte czasy, tamta sufragania", który jest zbiorem osobistych refleksji nad życiem i działalnością bpa K. Pękali. Mając do dyspozycji ograniczoną ilość stron, gdyż objętość każdego numeru "Currendy" jest ściśle określona - a redaktor nie powinien przyznawać sobie prawa pierwszeństwa, lecz jedynie wykorzystać dla swoich potrzeb ,,resztki" limitu - zostały wybrane i utrwalone na tym miejscu te ,,materiały", które wydały się być niepowtarzalnym świadectwem tamtych chwil, do których warto powrócić dzisiaj i w przyszłości...

Odczytanie osobowości człowieka nie jest rzeczą prostą, każdy czyni to na swój sposób i stąd naszkicowany przez niego obraz nie może być pozbawiony subiektywizmu. Dlatego pragnę nadmienić, że są to tylko moje prywatne słowa, że wszystkie uwagi zamieszczone w artykule pt. ,,Spojrzenie wstecz", Currenda, 1982, s. 14 nn. odnoszą się również do niniejszej medytacji. Tylko bowiem Bóg, który patrzy w serce człowieka, potrafi ocenić go wnikliwie i w prawdzie. Nasze myślenie i nasze możliwości rozpoznawcze są krępowane własnymi, odgórnymi zamierzeniami i intencjami. Na tle takich stanów ludzkich może też ucierpieć i osąd o człowieku, który Chrystus zastrzegł Stwórcy.

Wspominając bpa K. Pękalę nietrudno mi jest spełnić życzenie zmarłego Kardynała Stefana Wyszyńskiego, Prymasa Polski, który w r. 1958 do zebranych na Jasnej Górze pisarzy i pracowników literatury - powiedział: "Piszcie samymi Światłami" (Por. "Z rozważań nad kulturą ojczystą", Pallottinum. Poznań-Warszawa 1979, s. 21).

W teatrze elżbietańskim po przedstawieniu jeden z aktorów wygłaszał mowę prosząc o przebaczenie błędów i niedociągnięć przedstawienia. Przekazując to opowiadanie do publikacji odczuwam potrzebę zabawienia się w takiego aktora i pragnę powiedzieć: ,,Moi kochani Czytelnicy, wybaczcie zawód, jaki Wam zgotowałem, ale sylwetki takiego Człowieka nie da się zamknąć na kawałku papieru... Najwyżej można starać się oddać Mu cześć i okazać swoją solidarność z wartościami, jakie tak wspaniale reprezentuje... Nie bierzcie mi za złe, że wybrałem taki rodzaj pisania, iż dzielę to wspomnienie na kilka różnych podtytułów, a w każdym piszę niemal o tym samym, ale są to refleksje o Człowieku, w którym wszystko - czym był i co działał - sprowadza się do dwóch słów: Miłość i Dobroć... A jeśli po przeczytaniu tego artykułu uprzytomnicie sobie na nowo, że jedyną receptą na drogę do nieba jest przykazanie miłości Boga i bliźniego, trud spojrzenia na radosną Postać bpa Karola Pękali nie będzie daremny".

l. Obowiązek spłacenia długu

Kiedy będę odchodził z Kurii, to zabiorę stąd na zawsze między innymi ten zasób uczuć i myśli, te chwile i te momenty, które zapisały się w mojej pamięci w sposób szczególny i dodawały uroku tej drodze, na którą przed laty wstąpiłem. A były to nie tylko chwile spędzone wśród papierów, czy to dawną ręką zapisanych i już dawno załatwionych, czy to traktujących o sprawach dzisiejszych, którymi się przejmowałem jakby to były moje własne, w których towarzystwie czułem się dobrze, swojsko i pewnie, które rozumiałem i do pewnego stopnia kochałem, ale były to przede wszystkim twarze ludzi, których napotkałem w moim kurialnym wędrowaniu, którzy zechcieli czy musieli bodaj kawałek drogi przejść ze mną razem.

Te dni i chwile, te przeżycia, wrażenia i wzruszenia, które odnajduję dziś z powrotem - gdy znowu stają przede mną - są dla mnie jak te wiszące nad głową owoce na przydrożnych drzewach, po które zmęczony człowiek wyciąga rękę, zrywa i spożywa. I wtedy odmienia się nastrój, wstępują w wędrowca nowe siły, a droga przestaje go nużyć.

Człowiekiem, który swoją obecnością, swoim zjawieniem się wśród nas wnosił wyjątkowo humanitarną i na co dzień niespotykaną, promieniującą wiosną i ciepłem, nasyconą dobrocią, tchnącą nadzieją i optymizmem, aż do wnętrza "ludzką", niemal rodzinną aurę, aurę wytwarzającą radosny stosunek do drugiego człowieka, do którego zawsze, obojętnie kim by on był, odnosił się z głębokim szacunkiem i zaufaniem, dla którego zawsze miał czas, dobre słowo, cierpliwość i wyrozumiałość i któremu zawsze gotów był świadczyć pomoc w najróżnorodniejszej, nieraz nie mieszczącej się w głowie przeciętnego śmiertelnika formie - był bp Karol Pękala. I ten cudowny, szczery w swej prostocie, zapadający głęboko w serce sposób jego bycia i odnoszenia się do każdego, dosłownie każdego napotkanego przechodnia, przybywającego gościa czy zanudzającego interesanta, ta przemiła wdzięczność, z jaką przyjmował świadczone mu najdrobniejsze nawet przysługi - stanowiły nieoceniony dar, który życie najbliższych współpracowników - i nie tylko współpracowników - czynił łatwym, lekkim; dar, który był dla nas wartością mobilizującą, uszlachetniającą, ubogacającą, stanowiącą dla nas busolę, drogowskaz i orientację, przynoszącą po trzykroć błogosławiony owoc.

Napisanie tego wspomnienia stało się ostatnimi czasy moją wewnętrzną potrzebą, potrzebą serca. Przypomina mi się to, co napisał św. Jan Apostoł: "I posłyszałem za sobą potężny głos jak gdyby trąby mówiącej: Co widzisz, w księdze napisz i poślij siedmiu Kościołom" (Ap 1,10). Muszę napisać, chociażby nikt tego nigdy nie czytał, muszę napisać z wewnętrznego nakazu. Odczuwam obowiązek spłacenia długu za darowaną mi wtedy obecność. Obecność nieocenioną.

Bez względu na to, jaki punkt widzenia wybiorę, nie mogę o biskupie Karolu Pękali myśleć i pisać bez wzruszenia. Gdy zabieram się do stukania na maszynie tych słów, podnosi mi się ciśnienie, a ciężki, drewniany z rana umysł rozbudził się i stał się nawet świeży.

Mam jednak pełną świadomość, że nie jestem w stanie wywiązać się z tego zadania tak, jak to winieniem uczynić, zdaję sobie sprawę, że przy moich umiejętnościach godnie tego uczynić nie potrafię. Ująć bowiem w słowa takie życie okazuje się prawie niemożliwe, jest to bowiem życie godne najpiękniejszych słów. Szkoda, że nimi nie dysponuję. Z największym przejęciem próbuję się przymierzyć do tego, co jest trudne do nazwania i z poczuciem dziecięcej nieudolności staram się uchwycić i przelać na papier, co jest nieuchwytne.

Oczywiście są to tylko urywki, wycinki z moich "spotkań" z bpem Karolem ujęte w formę medytacji, zamyślenia, kroniki, rozmowy, czasem w formę rozliczenia czy obrachunków z sobą samym, w formę opowiadania o tym, co mi najbardziej w umyśle i sercu do dziś utkwiło.

Będzie więc rozczarowany każdy, kto spodziewa się znaleźć tu choćby w najogólniejszych konturach zarys życia i działalności bpa Pękali. Biografii bpa Pękali nie da się zamknąć w krótkim artykule, na to potrzebne jest kilkusetstronicowe dzieło.

Nie wielością jednak słów i mnogością poruszanych zagadnień pragnę podkreślić poczesne miejsce bpa Karola Pękali w moim prywatnym "Memento", ale stwierdzeniem, że śmierć jego była końcem pewnego rozdziału w życiu tarnowskiej społeczności katolickiej - i nie tylko katolickiej - który to rozdział przyniósł wspaniałe, owocujące do dziś wyniki. Wyniki te sięgały daleko poza granice diecezji i sięgają daleko - piszę to z całą odpowiedzialnością za każde słowo - poza jego śmierć.

To co ja tu powiem jest na ogół znane, nie zawiera ani jednej linii, która by była czymś prawdziwie nowym, mówili i pisali już na ten temat inni. Tylko sposób przedstawienia będzie może trochę inny, trudno by na formę i sposób wypowiedzi nie rzutowały więzy jakie mnie z bpem Karolem łączyły.

Nie mogę się szczycić, że łączyła mnie z nim przyjaźń, gdyż miał wielu bliższych swemu sercu ludzi, ale - mimo iż różniliśmy się w poglądach na pewne sprawy, mimo że nasze sądy nie zawsze się pokrywały - istniała między nami prawdziwa, szczera bliskość duchowa, rozumieliśmy się, względnie do porozumienia zawsze dochodziliśmy. Wszystkie dni, tygodnie, miesiące i lata, jakie przypadło nam razem przeżyć i przepracować, upłynęły nam w największej harmonii i jedności. On umiał uszanować moją "inność", umiał z niej korzystać, ja zaś pozostawałem pod urokiem jego pięknych rysów charakteru, ceniłem ogromnie jego niespotykaną szlachetność i szczerość w postępowaniu, ceniłem sobie bardzo jego nieprzerwaną życzliwość, jaką mnie darzył od pierwszego z nim spotkania aż do swojej śmierci oraz serdeczność, z jaką mnie podejmował w swoim domu, z jaką odnosił się do mnie w biurze i wszędzie tam, gdzie razem z nim się znalazłem; żywiłem dla niego najwyższą cześć, jaka się należy następcy apostołów.

Toteż z całą satysfakcją przypominam sobie dziś tę Postać, bo odżywają we mnie najmilsze chwile i najwznioślejsze myśli, jakie kiedykolwiek napełniały moją głowę, a które rodziły się we mnie na skutek obecności przy mnie bpa Karola. Z jego Postaci i jego działalności jeszcze dziś emanuje siła, która - jak to mam możność stwierdzić - nigdy się nie starzeje, przeciwnie z biegiem lat nabiera rumieńców, staje się jeszcze bardziej aktualna, odkrywcza, silnie akcentująca potrzeby i tęsknoty współczesnego człowieka. Działalność, którą tu wspominam - to nie była działalność łatwa, niejednokrotnie wymagała pokory i tego co nazywamy głęboką wiarą, ale była to działalność optymistyczna, twórcza, stąd jeszcze dziś owocująca i zauważalna.

2. Od śmierci do pogrzebu.

Są spotkania, które dokonują się wewnątrz serca, zostawiając tam trwały ślad Do takich zaliczam moje spotkanie z bpem Karolem Pękalą. Jest tedy rzeczą zrozumiałą, że jego niespodziewana śmierć stała się dla mnie istotnym wstrząsem i przeżycie to potąd jest tak wyraźne, jak gdyby miało miejsce wczoraj. Pamiętam doskonale to łagodnie-słoneczne, bezwietrzne przedpołudnie w święto Matki Bożej Wniebowziętej roku Pańskiego 1968, kiedy to z pól zwieziono już niemal w całości snopy zboża do stodół, a wierni zdążający do kościołów nieśli wiązanki płodów ziemi w celu ich poświęcenia; wtedy, gdy zieleń dzikiego wina, pnącego się ozdobnie po murach "sufraganii" oraz zieleń płaczących wierzb, pochylających się życzliwie nad wchodzącymi do tego domu gośćmi była jeszcze względnie świeża i żywa - myśmy otrzymali wiadomość, że bp Pękala już dnia poprzedniego został zaliczony między zmarłych. Ona, Matka Boża, w swej tajemniczej dla nas wiedzy o tym co jest dla nas najpotrzebniejsze powołała go niespodziewanie do siebie...

Pamiętam ten nieopisanie głęboki żal, jakim ta śmierć przepełniła serca wszystkich mieszkańców Tarnowa i Diecezji, żal ten objął niemal całą Polskę...

Przeżycia, przez jakie przypadło mi przejść w ciągu siedemnastu dni tj. od wiadomości o śmierci do przywiezienia zwłok do Tarnowa (15-31VIII), nie mogą nie odżywać przy różnych okazjach, skoro zapadły one tak głęboko w moją duszę jak przeżycia związane ze śmiercią mojej matki, która tak bardzo pragnęła zobaczyć mnie w sutannie, a odeszła z tego świata na kilka zaledwie miesięcy przed moimi obłóczynami, skoro ta śmierć wycisnęła na mojej psychice tak mocne ślady jak uwięzienie i wywiezienie do Oświęcimia Ks. Infułata Romana Sitki, naszego rektora Seminarium Duchownego, jego nieobecność przy naszych święceniach kapłańskich i jego męczeńska śmierć...

Rozmowy telefoniczne z Burgas, coraz to nowe szczegóły i okoliczności śmierci, relacje o nabożeństwie pogrzebowym w tamtejszej świątyni, szczegółowa informacja o wysłaniu pociągiem zwłok do Tarnowa; zredagowany w języku niemieckim telegram o zatrzymaniu wagonu z trumną na granicznej stacji węgierskiej, wysłany przez życzliwych kolejarzy tego zaprzyjaźnionego narodu, którzy podjęli taką decyzję w obawie przed grożącą profanacją zwłok Biskupa z Polski na terenie Czechosłowacji, co mogło mieć miejsce z racji znanych wszystkim wypadków w tym kraju i wprowadzenia tam stanu wojennego; pertraktacje i spisanie umowy z firmą "Bongo" w Warszawie, ryzykowny wyjazd furgonetką i niezmiernie niebezpieczne przedostawanie się samochodu w obydwie strony szosami wypełnionymi "maszerującymi" oddziałami wojsk interwencyjnych, a najstraszniejsze - to mordercze, pełne napięć i niesprawdzonych wiadomości oczekiwanie...

Czekamy na miłosierną wiadomość, a tymczasem upływające w "milczeniu" dni ciążyły i wyczerpywały do granic ludzkiej wytrzymałości... Wszystko w nas martwiało na myśl, że... "nakaz niemyślenia", jaki sobie zadawaliśmy, okazywał się całkowicie bezsilny.... Chodziliśmy jak porażeni, niezdolni absolutnie do udzielania odpowiedzi na pytania, z którymi zwracano się do nas dosłownie zewsząd... Słowa się rozpadały, bywały zdławione, nim zostały wypowiedziane... Nasze nieraz niegrzeczne reakcje znajdowały zrozumienie i usprawiedliwienie...

Dopiero te tysiące rozmodlonych ludzi, które przesuwały się przed trumną Biskupa, dopiero widok rzeszy tych, którzy kiedyś doznali od niego serca czy wsparcia a teraz całowali jego trumnę i jego rękę na portrecie wywieszonym obok katafalku - choć nie ugasiły żalu i nie odjęły smutku - wprowadziły ogólne uspokojenie... Świadomość, że jest między nami, choć w trumnie, ale jest, jest i będzie, to wielka ulga i wielkie odprężenie... A wspaniałomyślna decyzja rządcy Diecezji, bpa Jerzego Ablewicza, że sufragan spocznie w krypcie obok swojego Ordynariusza bpa Jana Stepy, z którym był tak mocno i serdecznie związany, ujęła tak dużo ogólnego bólu, że sam pogrzeb był już więcej triumfem niż żałobą. Wydawało się, że za trumną bpa Pękali szło w Tarnowie niewiele mniej ludzi, niż na pogrzebie kard. Adama Stefana Sapiehy w Krakowie...

3. Służył diecezji na sposób całopalenia.

Swoje kapłaństwo i swoje biskupstwo bp Pękala pojmował jako służbę Kościołowi i Diecezji w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Służył zaś w taki sposób, jakiego Kościół w danej chwili domagał się od niego. A rzeczywistość w jego kapłańskimi biskupim życiu zmieniała się i wymagała od niego wielkich i różnorakich umiejętności, niemałej też nieraz odporności psychicznej i hartu ducha. Obok bowiem wyróżnień i łaskawości nie szczędziło mu życie różnych trudności i przykrości a nawet zawodów i rozczarowań. Umiał im sprostać. W duchu wiary, bez zastrzeżeń, uwag i poprawek, bez dyskutowania i stawiania pytań przyjmował z ręki Boga każdą decyzję, umiał ukryć przed okiem postronnych swoje zmagania i wewnętrzne rozdarcia, potrafił dramatowi, który przeżywał nadać dostojeństwo i nadzieje. Im mu było ciężej, tym więcej lgnął do Boga, tym więcej poświęcał czasu na modlitwę i skupienie. I to było budujące.

W takich chwilach przywoływał na pamięć i powtarzał słowa: "Jeżeli ziarno pszeniczne wpadłszy w ziemie nie obumrze, samo zostaje, lecz jeśli obumrze, wiele owocu przynosi" (J 12,24). Miał świadomość, że został powołany po to, aby szedł i owoc przynosił. Musiał więc obumierać, aby rosnąć, rozwijać się i potęgować w sobie Boże moce, którymi pragnął służyć innym.

Głosił innym, że Bogu wolno ciągle próbować naszą miłość, chociażby najlepszą i żądać jeszcze większej, największej... Miłość doświadczana, ta dopiero się liczy! W męce i doświadczeniu dopiero się ją poznaje... Musiał więc i do siebie to stosować.

Do tej służby Kościołowi - bez względu na okoliczności miejsca, czasu i osób - podchodził zawsze z całą powagą, do jej pełnienia przygotowywał się zawsze niezmiernie sumiennie, wkładał w nią całą swoją duszę. Nie zastanawiał się nad tym, czy są to sprawy wielkie czy małe, czy są łatwe czy też wymagają wielkich ofiar i wyrzeczeń, czy trzeba je pełnić w swoim czy innych imieniu - dla niego było ważne, czy i o ile przyczyniają się do utrwalania i pogłębiania Królestwa Bożego na ziemi. Zaiste była to służba męża Kościoła.

Służba bpa Pękali - to służba na każdym posterunku całkowita, służbą niezmiernie lojalna, ale - co godzi się mocno podkreślić - nigdy bezduszna. Bp Karol miał bowiem szerokie spojrzenie na ludzi, fakty i zdarzenia, patrzał na świat i na to co się na nim dzieje oczami wiary oraz oczami miłości, stąd nigdy z jego służbą nie był związany czyjś lęk, upokorzenie drugich czy nieliczenie się z ich stanowiskiem, stąd jego służba wnosiła w nasze środowisko atmosferę Dziejów Apostolskich.

Gdy mówię o atmosferze Dziejów Apostolskich, to mam na myśli cały łańcuch sytuacji, jakie stwarzał on codziennie swoim sposobem bycia i odnoszenia się do otoczenia. Bp Pękala w momentach najbardziej krytycznych umiał z całą miłością - jak Pan Jezus do Judasza - powiedzieć "przyjacielu", jego stać było na to, by "Piotrowi" kazać schować miecz nawet wtedy, gdy był on wyciągnięty w jego obronie. Bpowi Karolowi nie było trudno - na wzór Chrystusa umywającego Piotrowi nogi - "uklęknąć" przed kimś "najmniejszym", jeżeli uznał, że trzeba było to uczynić, jeżeli miał świadomość, że taka pozycja przyniesie pokój względnie radość. On chyba nigdy nikomu swoją służbą nie wycisnął z oczu ani jednej łzy.

Nie znaczy to, że uchylał się od decyzji w sprawach przykrych i w ich realizowaniu nie był konsekwentny; nie należy tego tak rozumieć, że nie podejmował się misji, których wykonanie było połączone z czyjąś boleścią. To tylko znaczy, że ze strony załatwiającego nigdy nie działo się to - ani co do istoty sprawy ani co do sposobu, załatwienia - z naruszeniem przykazania miłości.

A już na specjalne podkreślenie zasługuje jego pełen najgłębszej czci i synowskiej wyrozumiałości stosunek do bpa Jana Stepy w tym czasie, gdy jemu - jedynemu w diecezji sufraganowi - nie było dane pełnić obowiązków wikariusza generalnego. Jakkolwiek sytuację te przeżył boleśnie, przyjął ją z całkowitą uległością i zrozumieniem, nigdy się na nią nie skarżył, nie podejmował na ten temat rozmowy względnie znajdował zawsze słowa usprawiedliwienia. Co więcej, od tej chwili wykazywał względem swojego Ordynariusza jeszcze więcej lojalności, przywiązania i serdeczności. Chory Pasterz cieszył się niezmiernie każdymi odwiedzinami swojego biskupa pomocniczego, nic więc dziwnego, że dobry bp Karol wizyty te mnożył, urozmaicał i ubogacał zawsze drobnymi upominkami. Był w tym okresie najsprawniejszym pomostem między złożonym na łożu boleści Arcypasterzem a duchowieństwem i wiernymi, wśród których stale z racji wizytacji czy innych funkcji biskupich przebywał i najdelikatniej selekcjonującym przekaźnikiem tego, co się w diecezji działo. Mając takiego sufragana można było przez całe lata rządzić diecezją "z łóżka" i podpisywać dokumenty lewą ręką, zapewnić sprawność administracji diecezji i sprężystość akcji duszpasterskich bez najmniejszego uszczerbku z racji długotrwałej choroby Ordynariusza.

A ileż troski o ulżenie doli Chorego mieściło się w uwagach i wskazówkach, jakich bp Pękala udzielał nam w Kurii po zejściu "z góry". To tylko wyjątkowi ludzie potrafią być tak zadziwiająco wspaniałomyślni i wielkoduszni, tak wczuwający się w myśli i potrzeby drugich, tak troskliwi o spokojny dzień i przespaną noc swego bliźniego.

Na najwyższą notę zasługują zabiegi bpa Pękali, jakie podejmował, by w sposób przemyślany rozradzić choremu Pasterzowi realizowanie jego zamiarów, które powziął "w łóżku", w czterech ścianach swojego mieszkania, a które w rzeczywistości przyniosłyby szkodę sprawie i podkopałyby autorytet i zaufanie do rządcy diecezji. Bp Karol czuwał nad tym z większą troską niż syn nad dobrym imieniem ojca. Błogosławione czuwanie, bo człowiek chory, odcięty od świata i ludzi, pod wpływem natarczywych myśli gotów jest nieraz - w najlepszej intencji - podjąć krok, który w ogólnym odczuciu byłby uznany za nierozważny, byłby krzywdzący. Zasługa bpa Karola jest także w tym, że wtajemniczał w te sprawy tylko te osoby, których rady na te tematy zasięgał. Podziw budziła jego troska i jego delikatność. Choć było i tak, że musiał powiedzieć - zawsze go to dużo kosztowało i długo to potem przeżywał - stanowczo: "Wybaczy Wasza Ekscelencja, ale tego się nie podejmę", "tak Ekscelencja zrobić nie może".

A gdy nadeszły takie dni, że ze względu na stan zdrowia bpa Stepy jemu przypadło rządzić diecezją, bp Pękala - jako wikariusz generalny - przy każdej podejmowanej decyzji pytał siebie i zorientowanych w sytuacji: "Czy to będzie po myśli Arcypasterza, czy decyzja ta uzyska w przyszłości jego aprobatę, czy będzie z niej zadowolony?" Chciał, by bp Stępa rządził przez niego, starał się odgadywać jego myśli, bo tak odczytywał wolę Kościoła. I to było przepiękne.

Przez taką służbę biskupowi Stepie był bp Pękala w naszych oczach wielki i wspaniały, był wśród nas jako pasterz bardzo intensywnie, był całością swojego jestestwa, całą swoją substancją, był jak trzeba było być, gdy się było w tym czasie biskupem pomocniczym.

Kochał kapłanów, służył im w sposób zasługujący na podziw, cenił sobie bardzo ich zaufanie i przyjaźń, boleśnie natomiast przeżywał i długo przemyśliwał każdą doznaną z ich strony przykrość.

Wielkim szacunkiem otaczał zakony, wykazywał stałą gotowość świadczenia poszczególnym wspólnotom pasterskich posług, toteż cieszył się niespotykanym zaufaniem tej cząstki Kościoła świętego.

Szczerze kochał też lud wierny, wierzył w ten lud, liczył na dobre wyniki ofiarnych dla tego ludu poczynań i tę wiarę przelewał w serca i umysły swoich współpracowników. Uczył ich ten lud kochać i jemu służyć.

Sam zaś służył mu na sposób całopalenia. Należał do Kaznodziejów, którzy mają w sobie wewnętrzne rozpłomienienie, wewnętrzne wulkany, a nie zastygłą lawę. Przemawiał niezwykle dynamicznie, z ogromnym przekonaniem, zapałem i uczuciem, słuchający mieli wrażenie jakby kaznodzieja pochylał się nad nimi, nad skomplikowanymi problemami ich codzienności najeżonej trudnościami, którą on tak dobrze znał.

Przemawiał zawsze - zawsze melodyjnie i obrazowo - "ku pokrzepieniu serc" i temu założeniu starał się sprostać nawet wtedy, przede wszystkim wtedy, kiedy przypadło mu mówić na tematy smutne, o udrękach, rozdartych i poranionych sercach, nawet wtedy swoje przemówienie rozumiał jako posłanie nadziei, które mówca przynosi. Nie był wielkim myślicielem ani wybitnym teologiem, ale był kapłanem i biskupem, który żył duchem Ewangelii i umiał tę Ewangelię przepowiadać swoim życiem i swoim słowem. Gorącością tą promieniował.

Ileż apostolskiej gorliwości, ile dynamizmu serca zapatrzonego w Boga, ile ognistych uczuć i świeżości ducha, ile zatroskania o skuteczne budowanie Królestwa Bożego na ziemi i zbawienie wieczne odkupionych Krwią Chrystusową dusz, ile natchnienia, zapału, ciągnięcia wzwyż mieściły w sobie pasterskie wystąpienia bpa Karola. Tym budował, zbliżał, do Boga, wiązał z Chrystusem, Jego Kościołem i Jego nauką.

Jakże często jeszcze dziś bywa wspominana z westchnieniem gorącość bpa Pękali w jego działaniu i słowie. Bywa wspominany jako "doctor mellifluus" - miodopłynny w życiu i na ambonie. Nie jeden piękny kwiat zakwitł na uprawianej przez niego w ten sposób roli. Ogromna jest ilość dobra, jaką Bóg Wszechmogący zdziałał za pośrednictwem takiej służby bpa Karola.

4. Umiał dostrzec obecność Boga

Zarzucano bpowi Pękali zbytnią dbałość o zewnętrzny splendor, że lubił uroczyste powitania i liczne banderie, że przywiązywał wielką wagę do zewnętrznej oprawy wizytacji. Tymczasem w tym wszystkim był on doprawdy uroczy, nie przybierał nigdy pozy dostojeństwa czy majestatu, lecz przyjmował to tak serdecznie i szczerze, jak małe dziecko przyjmuje od rodziców urodzinowy tort z siedmioma świeczkami, symbolizującymi jego siedem lat. Dominowała tu dziecięca prostota i ufne spojrzenie na otaczającą rzeczywistość, w której bp Karol widział wiarę naszego ludu i jego przywiązanie do Kościoła oraz jego pasterzy. Faktycznie wyczuwało się, że nie są to tylko sprawy ludzkie, nawet przygodny obserwator ulegał sugestii, że Duch Pański unosi się nad wodami, na których to wód falach był unoszony bp Pękala...

Tyle w tych uroczystych powitaniach było ciepła i serdeczności, tyle myśli skierowanych ku niebu, tyle ogromnej wiary i pasterskiej gorliwości, wypływającej z niezwykle mocnej więzi bpa Karola z Chrystusem, że wytworzony entuzjazm nie był tylko entuzjazmem dla jego osoby, entuzjazm ten obejmował również, a raczej przede wszystkim sprawy Boże, które przybywający do parafii gość tak radośnie i pociągająco reprezentował.

Bp Pękala posiadał wielką łatwość uświadamiania sobie i przeżywania obietnicy Chrystusa, że tam gdzie dwóch lub trzech w Jego imię się gromadzi, to On jest razem z nimi (por. Mt 18,20), posiadał umiejętność dostrzegania, że wspólnota wierzących zebrana w imię Jezusa nie jest zwykłym zebraniem jednostek, mających podobne przekonania religijne, lecz jest obecnością żywego Chrystusa, że ta wspólnota może przemawiać w imię samego Chrystusa, a podejmując jakąś decyzję wyraża wolę Jezusa Chrystusa. Ponieważ zebrani są w imię Boże, wobec tego Bóg jest pośrodku nich, w ich sercach i w ich wspólnocie. Stąd w tych witających rzeszach bp Karol odczytywał obecność samego Chrystusa, odczytywał obecność Kościoła promieniującego miłością, przeżywającego nieustannie świętowanie, które wewnątrz niego panuje i szczęście, które nieprzerwanie w Kościele mieszka, przeżywającego stale wiosnę, nawet wówczas gdy temperatura spada poniżej zera; obecność Kościoła zawsze śpiewającego swoje Alleluja... W tych wiwatujących tłumach zebranych na powitanie następcy Apostołów widział tych, którzy zebrali się w imię Jezusa... i wyrażali wolę Jezusa Chrystusa...

Bp Pękala często powtarzał słowa psalmu 23, który głosi: "Pańską jest ziemia i wszystko co ją napełnia". W jego oczach i w jego odczuciu Pańskim był ten skrawek ziemi, na którym zebrał się lud Boży, Pańskimi byli ci, którzy zebrali się, by wielbić Boga. Stąd z Jakubem powtarzał: "Zaprawdę, jest to dom Boży i brama niebios". Są oni świątynią Bożą. Nie tylko każdy z nich poszczególnie jest świątynią Bożą, ale wszyscy wspólnie tworzą świątynię Bożą. Bo w tym miejscu przebywa Bóg, Jego łaska i Jego majestat.

Są ludzie, którzy wszędzie łatwo Boga dostrzegą. Są inni, którzy Go nawet w Kościele nie dojrzą i w Eucharystii nie wyczują.

Niebiosa obdarzyły bpa Pękalę rzeczą nadzwyczajną, wzrokiem, którym dostrzegał, że na świecie jest bardzo dużo Boga... pełno jest Boga w nas i wokół nas, jest Go po prostu dużo... Wystarczyło Go dla całych pokoleń i wieków, wystarcza dla każdego z nas i zostanie jeszcze dla tych, którzy po nas przyjdą... I to właśnie doświadczenie Boga, to doświadczenie Jego obecności w rozentuzjazmowanych tłumach, wieńcach, kwiatach, wierszykach, w biciu dzwonów, grających orkiestrach i garnących się do niego ludziach sprawiały, że Kościół w wydaniu Bpa Karola nie był Kościołem podziemnym, nie był Kościołem, w którym panuje marazm, opieszałość, ,,powłóczenie nogami" i dreptanie w miejscu, ale był Kościołem, który płynąc po wzburzonych falach nie tylko nie tonie, ale zajeżdża na głębię i zbiera olbrzymie moce, wartości i bogactwa, których starcza dla wszystkich - i dla wierzących i dla tych, którzy nie wierzą; to był Kościół zawsze młody, zawsze dzielący się swoją wiarą, swoją radością, to był Kościół, w którym jest miejsce dla wszystkich, gdzie kocha się wszystkich, bo wszyscy spożywają to samo Ciało Chrystusowe; Kościół - jak go pojmował bp Pękala - to ogromna rodzina licząca ponad pół miliarda ochrzczonych dzieci Bożych, to Kościół XX wieków istnienia, życia i pracy apostolskiej, to Kościół współczesności, aktualnie istniejący i pracujący, to Kościół wszystkiego co już minęło i swoim dorobkiem poszerzyło dzieło Chrystusowe, ale to również Kościół nieprzerwanie - choć w wielkim trudzie - posuwający się naprzód, Kościół idący w przyszłość za Chrystusem, Ojcem przyszłego wieku, idący spokojnie i ufnie, z wiara, że Chrystus jest w nim po wszystkie dni aż do skończenia świata, a "Jeśli Bóg z nami, któż przeciwko nam" (Rz 8,31); Kościół bpa Pękali to miejsce powszechności, a nie miejsce zawężania, stąd ten gest rąk bpa Karola, którym obejmował wszystkich...

"Chwała Ojcu i Synowi i Duchowi Świętemu" powtarzał bp Pękala codziennie po każdym psalmie w modlitwie brewiarzowej, "Sanctificetur Nomen Tuum" wyrażają w swoich dziełach artyści, pisarze, rzeźbiarze, poeci, malarze, a witający Biskupa w to krótkie zdanie "Święć się Imię Twoje" starali się wlać najbardziej aktualną i osobistą treść... Chwalili Boga na swój sposób... A bp Pękala na swój sposób to odbierał...

To też atmosfera tych pompatycznych - jeżeli ktoś tak chce je nazwać - powitań, z tą zewnętrzną oprawą i "pontyfikalnym ceremoniałem" w obecności i przy udziale bpa Pękali naprawdę przemawiała, że samemu Bogu chwała, że "Jemu róść, a mnie się umniejszać".

Zresztą patos życia poświęconego jakiejś wzniosłej idei nie zasługuje na ujemną ocenę, skoro taki sposób bycia siał blask, rozpraszał ciemności i rozlewał światło, skoro na tej drodze miłość była rozumiana i odnajdywała odzew, skoro w tej ogromnej radości dostojnego gościa i rozentuzjazmowanych tłumów była jakaś gęstość, jakaś intensywność, której nie spotyka się ani nie notuje przy powitaniach świeckich dostojników; gęstość nasycona Bogiem... Skoro to wszystko zbliżało do Boga... Również strojna banderia i oświetlona żarówkami bryczka... A przecież Panu Bogu chory anielskie śpiewają nieustannie: Święty, Święty, Święty...

Tak więc ludźmi ciasnego umysłu i nielogicznego myślenia trzeba nazwać tych, którzy ongiś żałowali drogocennego olejku nardowego, wylanego na święte stopy Pana a dziś głoszą ideę sprzedania Muzeów Watykańskich, by uzyskane sumy obrócić na budowę domów dla trędowatych... "Kościół ubogich" - to niekoniecznie Kościół pozbawiony tego co nazywamy "zewnętrznymi uroczystościami...".

To nie dla każdego zrozumiałe, ale bp Pękala doświadczał obecności Boga, przeżywał bliskość Boga obecnego w zgromadzonym na powitanie dostojników kościelnych ludzie Bożym także wówczas, gdy w czterech ścianach swojego mieszkania z taśm magnetofonowych czy filmów, których miał bardzo duży zbiór, odtwarzał sobie różne uroczystości kościelne... A bardzo lubił to czynić i przy tym - jak to można było zauważyć - wypoczywał.

Bp Pękala umiał cieszyć się Bogiem, umiał przeżywać Boga i dzielić się radością, jaka była z tego powodu jego udziałem. Co więcej, korzystanie z tego daru uważał chyba za obowiązek, czym rozbrajał.

Może czasem zachowanie i reagowanie bpa Karola w pewnych sytuacjach na pierwszy rzut oka wydawało się "dziecinne", ale w rzeczywistości - choć wyda się to komuś niewiarygodne - te jego pryncypia zdołały wielokroć sprawić to, czego z całą pewnością nie zdołałaby osiągnąć najwyższej klasy dyplomacja, tychże właśnie elementów pozbawiona, i pod tym względem winien nam być drogowskazem...

Umiał dostrzec Boga zarówno w bochnie razowego chleba, upieczonego z okazji jego przybycia do parafii, jak również w rosłym gospodarzu, który przemawiał w imieniu społeczności parafialnej... Zarówno w schludnie ubranej dziewczynce, witającej go wierszykiem, jak i w bukiecie kwiatów, który trzymała w chudziutkich rączkach... I w tych, których patronem jest oracz Izydor, i w tych, którzy czczą jako swojego patrona Tomasza z Akwinu... Obojętnie czy szły drogą Marii Goretti czy też postępowały na wzór Marii Magdaleny... I w nich widział Boga.

Osobę bpa Pękali, jego działalność, jego sposób bycia i załatwiania różnych spraw trzeba oceniać w kontekście takiego pojmowania przez niego Pana Boga i takiego patrzenia na człowieka. Bo takie pojmowanie Boga i takie patrzenie na człowieka mnożyły jego zasoby, czas i siły, że mógł dokonać znacznie więcej niż przewidywał i planował. Taki jest przywilej tych, którzy idą przez życie z wiarą i ufnością w Bogu.

I temu nie potrafią ani trochę przeszkodzić ci spośród nas - nie chcę powiedzieć szydercy, ironiści, prześmiewcy, cynicy czy krytykanci, bo są to może za mocne słowa - którzy usiłują doszukać się skazy nawet w najszlachetniejszych odruchach ludzkiego serca.

5. Stwarzał atmosferę radości, rozumienia drugich i niezwykłej życzliwości

Pełnego "klimatu", jaki bp Pękala wytwarzał swoją osobą oddać się nie da, "aura", jaka istniała w zasięgu jego oddziaływania jest nie do odtworzenia, przysługuje jej miano "niepowtarzalnej". Są to więc tylko fragmentaryczne, wyselekcjonowane "detale", które nie powinny odejść w zapomnienie, dlatego odnotowuję je na sposób rodzinnych wypominków.

Bp Pękala był człowiekiem, do którego właściwości należało uśmiechnięte oblicze, duch optymizmu i nadzieja na to, że czego nie da się przezwyciężyć najbardziej słusznym argumentem, uda się rozwiązać sercem.

Patrzył na świat i ludzi pogodnie, wszędzie widział ład i spokój i z tym pogodnym usposobieniem, z uśmiechem serdecznym i szczerym, nigdy sztucznym ni wymuszonym, może czasem tylko przez łzy, bo okupionym cierpieniem, szedł między ludzi, uweselał nim swoje otoczenie, darzył nim poszczególne jednostki i witające go tłumy.

Posiadał prawdziwy, zadziwiający talent wywoływania swoim uśmiechem uśmiechu na twarzy bliźniego. Z odezwy, w której apeluje: "O jeden uśmiech więcej dla chorego" widać, jak on tym żyje, jak bardzo mu na tym zależy, by na twarzy cierpiącego człowieka pojawiał się jak najczęściej uśmiech. Niektórzy twierdzą, że posiadał pod tym względem charyzmat; zatroskanemu, do którego bp Karol się uśmiechał, wydawało się, że to Pan Bóg do niego się uśmiecha, a Biskup osobiście czuł się szczęśliwy, że w tym przypadku Pan Bóg nim się posługuje.

Tak sobie nieraz myślałem, że gdyby bp Pękala zakładał zgromadzenie sióstr to chyba pod nazwą "Laetare" - "Wesel się", a gdyby wydawał książeczkę do modlitwy to pod tytułem "Radość życia".

Niezmiernie ujmującym rysem charakteru bpa Karola była jego wrażliwość, za którą dziś tak bardzo tęsknimy, o której odrodzenie prosimy Boga w codziennych modlitwach. Posiadał on w swojej duszy szeroką amplitudę odczuwania cudzego bólu i radości oraz sejsmograf, który z największą dokładnością odnotowywał każdą ludzką niedolę. W podziw wprawiała każdego jego umiejętność wmyślania się w świat uczuć bliźnich, zdolność osobistego angażowania się w radości i smutki innych ludzi. Śledził pilnie radosne wydarzenia i troski bliźnich, uważał je niejako za własne, starał się w nich uczestniczyć.

Cieszył się szczerze i serdecznie, jeżeli słyszał głos swojego brata cieszącego się; cieszył się, gdy temu bratu coś się udało, gdy miał jakieś osiągnięcia, gdy spotkało go jakieś wyróżnienie, gdy doznał jakichś łask i otoczony został chwałą. Najcięższą w jego oczach zbrodnią była zazdrość i wyśmiewanie.

Miał prawdziwie czułe serce na cierpienia i troski bliźniego. Nie mógł pojąć, jak może chrześcijanin widzieć swojego brata, w nieszczęściu, a nie płakać razem z nim, jak może wyznawca Chrystusa patrzeć na kogoś cierpiącego bez współcierpienia z nim.

Z całą gorącością swojego serca głosił, że tak winniśmy postępować, by nigdy nie odnosiła się do nas skarga, jaką wypowiedział Pan Bóg przez jednego z proroków "Na współczującego czekałem, ale go nie było i na pocieszających, lecz ich nie znalazłem" (Ps 69,21). On osobiście naprawdę cieszył się z cieszącymi i płakał z płaczącymi (Rz 12,15) i pragnął, by tak postępowali wszyscy wyznawcy Chrystusa, gdyż bez tego - według jego słów - jest się tylko chrześcijaninem z pozoru, więcej - nie posiada się człowieczeństwa.

To dogłębne wczuwanie się w położenie drugich, ta zdolność odczuwania tego co czuje drugi i to osobiste przeżywanie radości i smutków swojego brata - czyniły bpa Pękalę niezmiernie miłym i bliskim człowiekiem.

Zadziwiała jego uprzedzająca grzeczność dla każdego od chwili powitania do momentu pożegnania, jego nacechowane ogromną serdecznością odnoszenie się do bliźnich, cierpliwe wsłuchiwanie się w ludzkie bóle i zmartwienia. Z najwyższą uwagą pochylał się nad małymi nawet sprawami ludzkimi, drobną nieraz potrzebą bliźniego wyrażał zainteresowanie tak wielkie jakby nic innego nie miał na głowie. I nigdy nie był tymi wizytami ludzi potrzebujących zmęczony ani znudzony, przeciwnie, zawsze szczerze tymi troskami drugich przejęty, zawsze nimi zainteresowany, co więcej - tych trosk i potrzeb ciekawy, szukający źródła strapienia, usiłujący leczyć przyczyny, podłoże niedoli. Można bez przesady powiedzieć, że najlepsze siły swego umysłu i serca, że gros swoich uzdolnień oddał na niesienie pociechy i pomocy bliźnim.

Toteż wychodzący od niego goście czy interesanci byli zawsze uśmiechnięci, zadowoleni. Zetknięcie bowiem z bpem Pękalą było zawsze miłym przeżyciem, napawało ufnością, dodawało chęci do życia. Miało to miejsce nawet wówczas, gdy spotkanie nie mogło zmienić istniejącego stanu rzeczy. Przypomina się powiedzenie jednej pacjentki wychodzącej od okulisty: "Oczy moje są w takim samym stanie, ale ja jestem inna". Od biskupa Pękali wychodziło się zawsze innym, uspokojonym, podniesionym na duchu, jaśniej patrzącym na świat.

Miał on niewątpliwie talent przelewania swojego szczęścia i zadowolenia do serc ludzi biednych i nieszczęśliwych. Czynił to niestrudzenie.

Na szczególne podkreślenie zasługuje jego wielka łatwość w zbliżaniu się do ludzi, niezwykła umiejętność obcowania z nimi oraz zjednywania sobie ich przyjaźni i sympatii; umiejętność wytwarzania miłej atmosfery nawet przy okazjach spotkań oficjalnych, a to na skutek wielkiego taktu, dużego poczucia humoru, daru promieniowania wesołością własnego serca, swobody w posługiwaniu się - w celu spowodowania odprężenia - dygresją oraz dzięki tej najcudowniejszej delikatności, którą zachwycał i urzekał.

Taki sposób bycia i odnoszenia się do drugich miał podstawę także w jego "pojęciach" o bliźnich. Bp Pękala odznaczał się rzadką właściwością, że u innych dostrzegał przede wszystkim dodatnie wartości. Pragnął widzieć i widział w ludziach ich dobre przymioty, przyozdabiał ich najlepszymi właściwościami, jakby istotnie odpowiadali wytworom jego wyobraźni.

A gdy starano się go przekonać, że... wówczas tłumaczył, że drogi kamień nie przestaje być sobą nawet wtedy, gdy spadnie w błoto i zabrudzi się, a dzieło sztuki pomimo uszkodzenia nie traci swej historycznej wartości. Człowiek pomimo... nie stracił w oczach, w myślach, w planie i zamiarach Bożych tej wartości, którą w niego Bóg włożył.

I tego także nie pominął nadmienić, że sam Chrystus powiedział, iż grzesznicy i cudzołożnice wyprzedzą nas do Królestwa Niebieskiego, a my nawet nie zauważymy, kiedy nas wyprzedzą. Trzeba też - zdaniem bpa Pękali - mieć szeroko otwarte oczy na to, że są na świecie różne "Magdaleny" przez Chrystusa kanonizowane, "bo wielce umiłowały". "Dziś ze Mną będziesz w raju" - przytaczał na poparcie swojego stanowiska.

Bp Pękala widział człowieka przede wszystkim jako człowieka, a nie to co on czyni. Choćby czynił wiele lub nic, dobrze lub źle, jest człowiekiem. Stąd jego kontakty z ludźmi wielorako zróżnicowanymi.

Był wspaniałym partnerem w rozmowach z delegacjami. Było to rozbrajające, gdy najeżeni nieraz jak druciana szczotka "reprezentanci parafii" nie mogli w nim znaleźć niczego, co mogłoby stać się pożywką sprzeciwu albo uzasadnieniem nieufności.

Nigdy nie rozstrzygał problemu z pozycji władzy, raczej starał się przypomnieć swoje z delegatami lub ich parafią powiązania, zainspirować nowe myśli, zainteresować innymi aktualnymi zagadnieniami, skierować rozmowę na bliskie im tematy i przez ten jakże ludzki sposób bycia i wytworzoną pełną dostojeństwa a zarazem serdeczności sytuację doprowadzał zazwyczaj do pomyślnego zakończenia "sporu". Szanując odrębność spojrzenia i rozumiejąc nawet urodę inności poglądu, wykazując dużo spokoju i równowagi ducha, salwował zawsze prestiż władzy i Kościoła. Podziwiałem, że potrafił tak przekonywująco dostępnym dla rozmówców językiem wykazać, iż prawda może być czasem gorzka jak piołun, ale też i jak piołun ozdrowieńcza. Podziwiałem, jak gorzką pigułkę umiał zawsze podać w najbardziej ocukrzonej formie.

Bp Pękala trzymał się zasady, ze ci co zostali stworzeni, ażeby się nawzajem rozumieć i kochać, nie powinni się nienawidzić i rozchodzić dlatego, że mają inne poglądy na pewne sprawy, że inaczej patrzą na minione dzieje, czy na przeżywaną teraźniejszość. Na długo przed Soborem Watykańskim II praktykował to, co zalecił w tym względzie Sobór: szukał tego co łączy, a nie tego co dzieli. Nie było u niego "Greka czy Żyda", był człowiek, stworzony na obraz i podobieństwo Boże. Oczywiście wszystko to odbywało się ściśle w ramach nakreślonych przez naukę i praktykę Kościoła, zawsze jednak ze specjalnym podkreśleniem przykazania miłości.

Dzięki takiemu nastawieniu i takiemu usposobieniu oraz na skutek wielkiej łatwości we współżyciu miał bp Karol szerokie znajomości. Liczne kontakty, które ponawiązywał przed wojną i w czasie wojny pilnie podtrzymywał i kontynuował, stale poszerzając sieć swoich przyjaciół w kraju i poza nim. Wielce mu w tym pomagała znajomość języków obcych, zwłaszcza angielskiego i francuskiego. Ileż on dobrego przez te kontakty zdziałał, chociażby przez sprowadzanie chorym lekarstw, kalekom kosztownych protez.

Była u bpa Pękali niezwykła "hospitalitas", gościnność w najlepszym wydaniu. Już po wejściu za próg odczuwało się, że w tym domu obowiązuje zasada: "Hospes hospiti sacer'' - "Gość to świętość dla gospodarza". Dom swój prowadził na bardzo skromnym poziomie, niemal ubogo. To też mogło tam czasem zabraknąć tego lub tamtego, ale miłości i serdeczności było tam zawsze pod dostatkiem. Rozmawiało się tam zawsze językiem domowym i tak zwyczajnie po domowemu się czuło. Skoncentrowane siły życzliwości wypełniały tak salon jak jadalnię, kuchnię i hol.

W Liber stipendiorum miał karteczkę z napisem; "Może ci zabraknąć masła do chleba, może ci zabraknąć mięsa na drugie danie, może ci zabraknąć pieniędzy do pierwszego, może ci zabraknąć... ale miłości w twoim życiu zabraknąć nie może".

Dla bpa Karola z wszystkich spraw w życiu najważniejszą była Miłość, którą tak serdecznie praktykował także w swoim gospodarstwie domowym.

Jeden z przyjaciół bpa Pękali powiedział do mnie nie tak dawno: "Znałem niemało ludzi dobrych i życzliwych, ale nie znałem lepszego i życzliwszego niż bp Karol. Na jego domu można byłoby bez obawy przesady umieścić napis, jaki wita wchodzących do Instytutu Badań Historii Kościoła w Polsce, budynku wzniesionym przez Ks. Schletza w Krakowie przy ul. Strzelnica 6: "Pateat angelis, amicis, doctis ac miseris". W domu bpa Pękali było zawsze miło, gościnnie, przytulnie i swojsko, tam zawsze było każdemu przybywającemu dobrze, tam zawsze panowała atmosfera świeża, głęboko serdeczna, tam zawsze sposób bycia gospodarza był pełen uroku i elegancji.

Dla pracowników - jako szef - był wyrozumiały, cierpliwy, łagodny i serdeczny, umiał przymknąć oko, znaleźć powód do usprawiedliwienia, dbał o ich dobre imię, brał w obronę, troszczył się o ich osobiste potrzeby, ale równocześnie z całą konsekwencją żądał rzetelnej postawy, względem instytucji i stanowiska, jakie on zajmował. Pracowało się z nim w atmosferze pełnego zaufania, pogodnej, szczerej i prostej życzliwości.

W pracy nie narzucał sposobu wykonania, zostawiał tu dużą swobodę, ale żądał sumienności, nie znosił brakoróbstwa, niechlujstwa, niedbalstwa ani też przesuwania terminów. Sam był zachwycająco punktualny i tego domagał się od pracowników. Głosił zasadę, że wszystko co katolickie powinno być wykonane wzorowo, punktualnie i estetycznie.

Był wrażliwy na piękno, dbały o piękno rzeczy i spraw, które sam tworzył, wśród których żył i pracował, które nabywał, którymi się posługiwał. Lubił pięknie sprawowaną liturgię i piękną jej oprawę; piękną muzykę, piękny śpiew i piękny film. Czuwał, by szata zewnętrzna tego co miał i co wychodziło spod jego ręki była piękna. Wydawane przez niego czasopisma miały bardzo przyjemną szatę i dokładną korektę. W tym też duchu wychowywał i tego się domagał od swoich podwładnych.

Był dla nich najwierniejszy z wiernych. Był dla nich moralnym wsparciem. Urósł w ich oczach do rzędu pewnego symbolu jednoczącego ludzi. Uosobienie dobroci, niezafałszowany, prawdziwy przyjaciel, którego słowa pokrywały się z działaniem. Hojną dłonią rozdawał najpiękniejsze dary umysłu i serca.

Bp Pękala to człowiek dobra, serca i miłości. Miłością promieniującą z Ewangelii pragnął jednoczyć wszystkich, których obejmował swoją władzą, swoją troską duszpasterską, swoją znajomością i swoją niezmienną życzliwością, a swoją niepowtarzalną dobrocią uzewnętrzniającą się w spontanicznej serdeczności, niezwykłej uprzejmości i prawdziwie człowieczej bezpośredniości stwarzał w zasięgu swojego oddziaływania klimat znamionujący się najwyższym gatunkiem ludzkiej kultury, bo kulturą serca. A taki klimat rodził tak bardzo dziś upragniony pokój, rodził wzajemne zrozumienie, dawał poczucie bezpieczeństwa i stabilności, wyzwalał szlachetność i szczerość, wartości o tak wielkim znaczeniu we współżyciu: w takim klimacie mówiło się językiem "soborowym" jeszcze przed Soborem, językiem stwarzającym atmosferę dialogu i przyjaźni jeszcze przed Janem XXIII.

Nie znaczy to, że było to życie aniołów a nie ludzi, że byliśmy wolni od cierpień i jakichś tam niedomówień, że spijaliśmy tylko duchowe słodkości i same małmazyje, nie znaczy, że życie to nazwać można było świętych obcowaniem, ale znaczy, że bp Pękala karmił nas dobrocią jak mlekiem i życzliwością jak miodem, a są to przecież pokarmy ziemi obiecanej. I przez to było u nas inaczej niż gdzie indziej. Gdy to wspominam czuję się lepiej fizycznie i psychicznie. Odnajduję chęć kochania drugiego człowieka i moc do czynienia drugim dobrze.

6. Był niespożyty w czynieniu dobrze

Niejedno już uszło pamięci ludzkiej z tego co zdziałał bp Pękala, ale to że jego życie upłynęło w służbie bliźnim i to najbardziej potrzebującym, ale to co zrobił dla biednych, nieszczęśliwych, pokrzywdzonych na skutek wojny, dla przebywających w więzieniach i strasznych obozach koncentracyjnych długo jeszcze będzie wspominane.

Prawdziwy, nieprześcigniony apostoł chrześcijańskiego miłosierdzia. To co miał i co otrzymał od innych, było tym, co miał dla innych. U niego "mieć" znaczyło tyle co "dać". Czuł się dłużnikiem innych ludzi zwłaszcza biednych. Sam mało wymagający dla siebie, dzielił się z potrzebującymi wszystkim czym mógł. W najdosłowniejszy sposób realizował zasadę św. Bazylego: "Chleb tobie niepotrzebny jest chlebem tego, kto cierpi głód; suknia w twojej szafie należy do tego, kto jest nagi; obuwie stojące nieużytecznie u ciebie należy do bosego; pieniądze, które schowałeś, są pieniędzmi ubogiego; popełniasz tyle niesprawiedliwości, ile dobrodziejstw mógłbyś wyświadczyć".

Bp Pękala "biednych uczynił swoimi panami" - jak to mówiono o św. Wincentym a Paulo, którego on bardzo kochał i czcił - gdyż na skutek swojej niezwykłej delikatności i nadzwyczajnej dyskrecji tak to wyglądało, jakby oni, tę pomoc przyjmujący, jemu właśnie świadczyli, dobrodziejstwo. "Caritas" w wydaniu bpa Pękali nie miała nic wspólnego z politowaniem, on praktykował dobroć taką, która nie była ani ciężarem ani jałmużną ani upokorzeniem tego, kto był zmuszony prosić o pomoc. Głosił i w całej rozciągłości stosował na co dzień zasadę: "Res sacra miser". Pełen pietyzmu dla ludzkiej godności człowieka biednego, wielką wagę przywiązywał do tego, by "pełniąc miłosierdzie" nie zranić dodatkowo zbolałego wnętrza bliźniego, który przychodzi po wsparcie. Stąd dla bpa Karola nikt nie był obcy, dla każdego były zawsze otwarte drzwi jego mieszkania czy jego biura, by się do niego dostać nie było potrzeba - jak się to mówi - mieć paszportu czy wizy, wystarczyło mieć tylko potrzebę.

Miłosierny chrześcijanin - często to bp Karol przypominał - unika wszystkiego co uwłaczałoby godności ludzkiej obdarzonego, nie obnosi się ze swoją dobrocią, nie rozgłasza jak wielką ponosi ofiarę, by być dobrym, nie żąda wdzięczności, pamięta, że w ośmiu błogosławieństwach nie ma słowa o błogosławieństwie dla litościwych, jest natomiast piękne błogosławieństwo dla miłosiernych, którzy miłosierdzia dostąpią. Miłość, która się czegoś od kogoś spodziewa, nie jest prawdziwą miłością.

Zaangażowanie bpa Pękali w świadczenie drugim dobrze można porównać do działalności dobrego Samarytanina, który pomagał człowiekowi napadniętemu przez bandytów, nie pytając skąd jest, dlaczego tam się znalazł i gdzie się udawał. Swoim szerokim sercem obejmował i swoją hojną pomocą darzył wszystkich tych, którzy jej potrzebowali bez względu na to skąd wyciągały się do niego proszące dłonie. Każdego traktował osobno, dla każdego miał czas, każdemu chciał pomóc w imię tego, że każdy człowiek jest dzieckiem Bożym.

Z szczególną subtelnością realizował zasadę "każdy człowiek to twój brat" w stosunku do ludzi dawniej majętnych i utytułowanych, którzy z przyczyn od siebie niezależnych znaleźli się w potrzebie a wstydzili się do tego przyznać, czy też względem tych, którym przypadło spożywać gorzki chleb wygnania, wysiedlenia czy poniewierki po cudzych progach. Chciał im pomóc, by go spożywali z pogodą, optymizmem i nadzieją.

Taką postawę bpa Pękali trafnie ilustruje zawołanie, które wziął sobie za hasło swojego biskupiego posługiwania: "CHRISTO IN PAUPERIBUS". Za obliczem każdego potrzebującego widział Oblicze Chrystusa, wielbił Boga w biednych. W sercu swoim na co dzień pielęgnował naukę Kościoła, że w każdym człowieku - zwłaszcza zaś żyjącym w łasce - niejako dotykamy Chrystusa. Niezależnie od tego, czy kogoś całujemy, czy potrącamy, zawsze jest w nim Chrystus. To Chrystusa całujemy lub... potrącamy. I to stanowiło dominantę w jego życiu, to było powodem, że był przyjacielem wielu a różnych ludzi. Żyjąc w zasięgu oddziaływania bpa Karola, żyło się w atmosferze niekłamanego szacunku dla drugiego człowieka kimkolwiek by on był. A to tak bardzo ubogacało.

Przez poczekalnię Kurii, przylegającą do biura bpa Karola - a było to chyba w r. 1949 lub 1950 - przesunęła się w tym dniu wyjątkowo duża liczba przychodzących z prośbą o wsparcie. Obserwował to przez dłuższy czas Ks. Profesor Ignacy Dziedziak, któremu nie obce były takie sceny, gdyż mieszkał pod jednym dachem z bpem Karolem i wiedział z doświadczenia, że wśród żebrzących jest wielu naciągaczy. Po załatwieniu przez wikariusza generalnego wszystkich interesantów, Ks. Dziedziak w obecności kilku księży - z właściwym sobie humorem - zażartował, że przydałaby mu się flinta dwururka, by mógł dokonywać planowego odstrzału "hordy dziadów". Jakież piękne słowa i stwierdzenia padły przy tej okazji - oczywiście wśród ogromnej wesołości - z ust wikariusza generalnego, gdy domagał się od swojego kolegi i przyjaciela wyjaśnienia, czyim prawem to chce czynić? Gdzie się mają podziać, dokąd mają pójść ci "biedni i obdartusy", skoro nimi się brzydzą... Wszak nasz Pan i Mistrz chciał być otoczony przez lunatyków, obłąkanych, opętanych, trędowatych i innych cierpiących niemoc i tym przede wszystkim dobrze czynił... Kuria to nie salon dla ludzi z dobrego towarzystwa... Oni są nasi, skoro do nich nikt nie chce się przyznać... Ubogi w Kurii jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu, tak jak chory jest na swoim miejscu w szpitalu czy w poczekalni lekarza.

Wytworzył się taki nastrój, iż nasze serca - jak serca uczniów idących do Emaus - pałały miłością. Zdawaliśmy się mówić do siebie, że odtąd każdego człowieka będziemy traktować z pokorą, łagodnością, wyrozumiałością, serdecznością i miłością, że będziemy na co dzień pamiętać, iż miłość nie szuka... nie unosi się... nie myśli złego... Na wytworzenie klimatu o tak wysokiej temperaturze miały wpływ nie tyle wypowiedziane słowa, gdyż były one bardzo proste i znane, co sposób, zresztą ogromnie lekki i nasycony humorem, w jaki bp Karol prowadził z nami ten dialog miłości.

Może scenariusz nie był dosłownie taki - boć to przecież od tego zdarzenia upłynęły już lata - może niektóre sformułowania zostały zapożyczone, ale prawda jest taka, że w biurze i w domu bpa Pękali żyło się i praktykowało się wiarę, że w bliźnich żyje Bóg; w nich się raduje, smuci, cierpi... Spotykając się z nimi, spotykamy się z Bogiem... Spotykamy się z Bogiem zwłaszcza w tych cierpiących, samotnych, opuszczonych. Prawda jest taka, że w biurze i w domu bpa Karola każdy był wysłuchany, zrozumiany i uszanowany. Tu umiano uszanować w bliźnim jego człowieczeństwo, uszanować w nim Chrystusa oraz prawo do inności... Tu spotykali się ludzie z miłością, a gdy jej doświadczyli, odchodzili innymi ludźmi...

Zawsze ulegam najgłębszemu wzruszeniu - gdy wspominam tę scenę. Zapadła mi ona głęboko w serce, wsiąkła w wyobraźnię, stała się dla mnie okazją do przetworzenia moich poglądów na problem "jałmużny", ukierunkowała moje myślenie, wywarła wpływ na "unowocześnienie" mojego spojrzenia na przychodzących do Kurii po wsparcie. Miłość promieniująca z takich i podobnych wypowiedzi, tak szczera, ogromna, bezgraniczna nie mogła nie zarażać. Chlubię się w duchu tym, co wziąłem z bpa Pękali. Wziąłem i nadal biorę...

Bp Pękala zostawił bowiem w biurze, w którym urzędował - jako wikariusz generalny oraz wikariusz kapitulny - swoją pełną uroku i pełną nadziei obecność, nade wszystko zaś swoją dobroć. To nie są martwe ściany, to są ściany nasączone, nabrzmiałe dobrocią i życzliwością, bo tyle się na tę dobroć i życzliwość - promieniującą przez jego oczy, uśmiech, słowa i wspaniałomyślne gesty - napatrzyły, ściany te do dziś tą dobrocią oddychają, tą dobrocią przemawiają. W ciszy dnia świątecznego czy też w porze popołudniowej dnia powszedniego dolatują z tych ścian do naszych uszu głosy, że ludzkość nie potrzebuje obecnie niczego bardziej niż właśnie miłości i ona, miłość, jest sprawdzianem naszego chrześcijańskiego ducha, że Boga najłatwiej dosięgnąć przez miłość bliźniego, że miłość w życiu katolika winna mieć pierwszeństwo, że winna być przede wszystkim, nawet przed wiarą i nadzieją; że miłość winna być taka, by leczyła, dźwigała, ocierała ludzkie łzy, przynosiła, pociechę, ukojenie, by była nieustannym "sursum corda" i to także, że miłość ma kilka imion... Tu daje się wciąż słyszeć słowa: "Gdy w braciach moich łaknąłem, pragnąłem, gościem byłem, byłem nagim, więźniem i chorym, tu bywałem nakarmiony, tu dawano mi pić, przyjmowano, przyodziewano mnie, tu postanawiano mnie odwiedzić i potem tej obietnicy dotrzymywano... Tu nigdy wobec potrzeb bliźnich nie przechodzono obojętnie... Tu miłowano Boga w bliźnich, miłowano bliźnich w Bogu...".

Gdy słucha się uważnie, można jeszcze dziś posłyszeć tu słowa Chrystusa w ujęciu i brzmieniu bpa Pękali: "Szukajcie Mnie w nich, ludziach. Chcecie służyć Mnie - im służcie; Chcecie Mnie miłować - ich miłujcie. Chcecie Mi dobrze czynić, nakarmić, napoić, przyodziać, w dom przyjąć - czyńcie to wobec nich... Cokolwiek czynicie innym - Chrystusowi czynicie; Gdy spoglądasz na drugą osobę - na Chrystusa spoglądasz; Gdy się do niej uśmiechasz - do Chrystusa się uśmiechasz; Gdy powiesz coś do niej - do Chrystusa to mówisz; Gdy dajesz jej cokolwiek - Chrystusowi dajesz; Gdy komuś ustępujesz z drogi - Chrystusowi miejsce robisz; Gdy komuś coś upierzesz, scerujesz, posprzątasz - Chrystusowi to czynisz; Gdy się opanujesz, powstrzymasz, złegło słowa nie powiesz - Chrystusa uradujesz... Kubek wody podany bliźniemu, kromka chleba, część okrycia, dach nad głową, trochę pociechy w więzieniu, to wszystko - Mnie, Mnie, Mnie...".

Jeszcze dziś wiele z tego można pojąć i zrozumieć, można wiele z tego drogocennego skarbu, zamkniętego w ścianach, uzbierać, zgromadzić i nim swoją duszę napełnić.

Dlatego tak chętnie odkładam w swoim biurze słuchawkę dzwoniącego nieustannie telefonu, przez którą codziennie sprawy niemal całego świata wchodzą w życie Kurii, by schronić się do biura, w którym ongiś urzędował bp Karol i odetchnąć znajdującą się tam, utajoną w ścianach, promieniującą z murów atmosferą, treścią nie przez wszystkich przychodzących tam zauważalną. Bo atmosfera jest jakby powietrze, a jak wiadomo, nie każdy jest jednakowo uwrażliwiony na jakość, świeżość i gęstość powietrza.

Jestem przekonany, że znajdą się tacy, którzy podczas czytania tych refleksji uśmiechną się znacząco i z politowaniem. Bo nie każdy zdolny jest pojąć, że "dobrze widzi się tylko sercem, że najważniejsze jest nie widoczne dla oka". Mnie wciąż się wydaje, że ściany biura bpa Pękali są wytapetowane nie tylko dostojeństwem, ale przede wszystkim miłością.

Bp Pękala pokazał nam, że jeśli warto cokolwiek na świecie czynić, to tylko jedno: miłować, coraz więcej, coraz szerzej, coraz goręcej miłować; że człowiekowi potrzeba prawdy, wolności, sprawiedliwości, ale nade wszystko miłości; że potrzebne są wrażliwe serca, potrzebne są dłonie, które by błogosławiły, opatrywały rany, obdarzały drugich dobrem; że trzeba, by ludzie otwarli swoje serca, dłonie, ramiona, drzwi swoich domów, spiżarni i szaf; trzeba, by się społecznie, nie słowem, ale posługą jedni drugim, miłowali.

Swoim stylem życia, pracy i odnoszenia się do ludzi wskazał nam, że świat potrzebuje dziś ludzi - nie tyle silnych pięścią, ile mocnych sercem, nie tyle potężnych, ile miłujących, nie tyle korzystających ze swojej władzy, ile uspakajających; i jeszcze jednego potrzeba dziś światu: przebaczenia i ludzi umiejących przebaczać.

Swoim życiem i swoją działalnością wskazał, że nie wystarczy wierzyć, że Bóg jest Prawdą, Mądrością, Dobrocią, Miłością, ale trzeba jeszcze Bogu... zawierzyć. I to zawierzyć z uległością, dziecięcą prostotą, zaufać Mu bez granic; zawierzyć, że Bóg jest przede wszystkim Miłością, Ojcem wszystkich ludzi, że otacza nas bardziej miłością niż gniewem, bardziej kieruje się miłosierdziem niż sprawiedliwością, trzeba nam zawierzyć Jego Miłości. Uwierzyć nie tylko w to, że Bóg jest Miłością, ale i w to, że wszystko co wyszło z twórczej dłoni Stworzyciela, nieba i ziemi, jest miłością.

Jest faktem niezaprzeczalnym, że wszystko to czyniło bpa Pękalę człowiekiem Bożym, ludzkim, bliskim, "swojskim", że na skutek takiej jego duchowości mnożyli się w zasięgu jego oddziaływania ci, którzy gotowi byli dzielić się chlebem, dzielić się czasem, uśmiechem, życzliwością, uspakajającym słowem, że zwiększała się liczba tych, którzy nauczyli się sztuki wysłuchiwania ludzkich bólów oraz przejmowania się losem tych, których trzeba było nakarmić, odwiedzić, którym trzeba było pomóc. Jest bezspornym stwierdzenie, że wszyscy, którzy znaleźli się w zasięgu ręki, oka i serca bpa Karola szczerze i z największym entuzjazmem powtarzali: "Dobrze nam tu być". A to jest chyba najlepsze świadectwo i najwyższa ocena człowieka i sytuacji, jaką wokół siebie wytworzył, bo to są słowa wyjęte z Ewangelii.

Czy jest w tym moja wina, że tak to odbieram? Czy jest w tym jakaś niestosowność, że to wypowiadam? Bp Pękala był mi życzliwy za życia, tym bardziej jest mi nim po śmierci. Nadal odczuwam jego bliskość. To się widzi gołym okiem i zupełnie jak na dłoni, tu nie ma nic do wierzenia. Do tego stopnia, że nie mógłbym powiedzieć, iż odczuwam brak jego dobrego serca, jak to powtarzam w stosunku do innych zmarłych.

Mogę też zapewnić, że w tym względzie nie jestem osamotniony, moje uczucia podziela wielu innych, istnieje spora grupa ludzi tak mocno do dziś związana z bpem Karolem, pozostająca z nim w jakimś nienazwanym wyczuwalnym kontakcie. Oby Pan Bóg tę naszą łączność wzmacniał i na wieki utrzymał.

Cóż tedy dziwnego, że na zawsze pozostanie tęsknota za tym niestrudzonym, budzącym najgłębszy szacunek i podziw rzecznikiem i wyrazicielem przykazania miłości bliźniego, które Chrystus wskazał jako najpewniejszą drogę do zbawienia.

Gdyby to było w moich możliwościach, dzień urodzin lub imienin bpa Pękali ogłosiłbym "DNIEM DOBROCI", może wpłynęłoby to dodatnio na moralną poprawę naszych obecnych obyczajów, na upowszechnienie czynnej życzliwości, której obecnie jest tak mało między ludźmi, jest jej z każdym dniem - są na to tysięczne przykłady - coraz mniej. Może taki "dzień dobroci" stałby się dobrodziejstwem, jak ręką podawana człowiekowi, który sam nie potrafi się podnieść, może prowokowałby do czynienia bliźnim dobrze i przez to zwiększyłby liczbę tych:

- którzy umieją dostrzec obok siebie drugiego człowieka, zwłaszcza starca, matkę z dzieckiem, kalekę i potrafią posłyszeć nawet nieme wołanie o pomoc kogoś drugiego;

- którzy chociaż sami nie posiadają w nadmiarze, są zawsze gotowi po dzielić się z kimś, kto w danej chwili bardziej potrzebuje;

- którzy pomimo długich godzin stania w kolejkach mają w sobie jeszcze tyle moralnej siły, że nie okazują zniecierpliwienia nawet gdy ich spotka zawód, nie wymyślają, nie złorzeczą i nie wszczynają kłótni, ale przeciwnie opanowując własną niecierpliwość, usiłują łagodzić lub zażegnywać dobrym słowem, uśmiechem czy gestem raz po raz wybuchające konflikty zrodzone z poczucia bezradności, albo rozczarowania, albo z lęku o zapatrzenie najbliższych...

Gdybyśmy ten posag "CZYŚMY DOBRZE BLI¬NIM I NIGDY NIE USTAWAJMY", pozostawiony nam przez bpa Pękalę potrafili w nienaruszonym stanie przekazać następcom, byłby to dla NIEGO najmilszy prezent na piętnastolecie jego śmierci.

7. Akcją miłosierdzia usiłował objąć wszystkich potrzebujących

Kapłanów-jałmużników miał Tarnów i diecezja wielu. Wyjątkowa zasługa bpa Pękali polega na tym, że swoją zadziwiająco ofiarną i wspaniałomyślnie podejmowaną pracą zorganizował akcję charytatywną i wspaniale nią kierował w bardzo trudnych, wprost strasznych czasach: w diecezji tarnowskiej w okresie okupacji, w Polsce w latach powojennych. A czynił to w sposób, który budził i do dziś budzi podziw. I to jest tytuł do szczególnego uznania, do wyjątkowego wspomnienia.

Jako dyrektor Diecezjalnego Związku "Caritas" czy Krajowej Centrali "Caritas" czy przewodniczący Komisji Episkopatu dla spraw dobroczynności chrześcijańskiej położył ogromne zasługi dla naszej diecezji, dla Kościoła w Polsce, dla polskiego narodu i w wyjątkowy sposób wpisał się w historię duszpasterstwa charytatywnego w Polsce. Jest to bezdyskusyjne stwierdzenie.

Pod pewnym względem można go nazwać założycielem "Caritas Christiana" w Polsce, bo z upoważnienia Kard. Adama Stefana Sapiehy zorganizował biuro Krajowej Centrali "Caritas" w Krakowie i był jej pierwszym wspaniałym dyrektorem, dyrektorem otwartym na miłość, czyniącym miłość, realizującym bez reszty zasadę, że idea miłosierdzia jest podstawowym dziedzictwem Kościoła, bo z miłością i miłosierdziem związana jest zasadnicza misja Kościoła. Nie może być Kościoła Chrystusowego bez miłosierdzia. Kościół Chrystusowy to Kościół Błogosławieństw, to Kościół miłosierdzia. Pierwszy dyrektor Krajowej Centrali "Caritas" miał świadomość, że pełni misję podstawową w Kościele, słowem i czynem to wyrażał, z całym oddaniem i poświęceniem to realizował.

Po przebrnięciu przez pierwsze trudności organizacyjne i zaradzeniu najpilniejszym potrzebom chwili począł szukać nowego miejsca dla kościelnej misji charytatywnej, nowych terenów w posłannictwie miłosierdzia, nowych dróg dotarcia do każdego człowieka potrzebującego, dróg zapisanych w Piśmie św., w Ewangelii, dróg dyktowanych wymogami chwili. Swoim niespotykanym zapałem i całkowitym zaangażowaniem starał się drogi te urzeczywistniać. Szukając nowych dróg, nowego wyrazu i nowych metod w realizowaniu na polskiej ziemi błogosławieństwa: "Błogosławieni miłosierni", uczynił to błogosławieństwo treścią całego swojego kapłaństwa, biskupstwa i człowieczeństwa i na skutek tego wytyczył nowe kierunki działalności, wpłynął na ukształtowanie się szerokiego profilu kościelnej "Caritas" w Polsce, której zasadniczą treścią była nie tylko służba potrzebującym braciom, ale wprost tropienie wszelkich sytuacji, w których człowiek powinien odnajdywać się jako brat innych ludzi i w których winien brać na siebie wszystkie wypływające stąd obowiązki i odpowiedzialności.

Pan Bóg wyposażył go w dużą inwencję oraz wybitny zmysł organizacyjny i właśnie to - obok jednającego mu ogólny podziw zapału - było tajemnicą powodzenia jego licznych przedsięwzięć, zmierzających do poszerzenia zakresu działalności "Caritas". Jego praca, oparta o przemyślany plan działania, miała w wielu pociągnięciach, na wielu odcinkach cechy prekursorskie i była realizowana z całą konsekwencją w niespotykanym dotąd wymiarze. Zdawało się niekiedy, że bp Pękala kipiał od nadmiaru sił i swoją działalnością starał się być wszędzie tam, gdzie potrzebna była miłość i służba. Z wielką werwą, optymizmem i wytrwałością, niemal z uporem szukał kontaktów z laikatem. Robił to arcydzielnie i miał pod tym względem bardzo duże osiągnięcia. Śmiem twierdzić, że przez ożywczy nurt swojej myśli w tej dziedzinie działa do dziś w Kościele w Polsce.

Życie religijne w parafii ocenia się zwykle według udziału wiernych w sakramentach, w katechizacji, uczestnictwie w nabożeństwach. Czy nie lepszym, a w każdym razie uzupełniającym sprawdzianem, bardziej precyzyjnym miernikiem wiary i życia religijnego - pytał bp Pękala - byłoby zbadanie stopnia rozeznania ludzkich potrzeb, jakie posiada na swoim terenie zespół duszpasterski? Czy nie należałoby zwrócić więcej uwagi na to, czy i jak wierni angażują się w udzielanie pomocy innym? Czy nie należałoby rozeznać, jak głębokie jest u nich zrozumienie tej prawdy, że w osobie potrzebującego przychodzi sam Chrystus, który na Sądzie Ostatecznym może im powiedzieć: Byłem w potrzebie, byłem chory, a nie zaopiekowaliście się mną, nie odwiedziliście mnie, nie daliście mi jeść, pić...? Czy uczymy naszą młodzież, naszą dziatwę, naszych wiernych - pytał bp Pękala - praktycznie stosować na co dzień przykazanie miłości bliźniego, choćby przez wpajanie im takich zasad: Spojrzałem źle na drugiego człowieka - na Chrystusa źle spojrzałem; Warknąłem na niego - na Chrystusa warknąłem; Zwymyślałem go - zwymyślałem Chrystusa; Na złość mu zrobiłem - to Chrystusowi zrobiłem na złość... "Nie każdy, kto mówi Panie, Panie...".

O autentyczności życia chrześcijańskiego danej osoby, rodziny, parafii czy organizacji świadczy jej stosunek do słabszych, do potrzebujących: "Po tym poznają ludzie, żeście uczniami moimi..." (J 13,35). "Wszystko co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili" (Mt 25,40) - tak uczył słowem i przykładem Chrystus i w kontynuowanie takiego właśnie sposobu ewangelizowania świata wciągał swoich uczniów. Od początku istnienia Kościoła działalność charytatywna była nieodłącznie związana z jego życiem, z życiem chrześcijan. Czynna miłość bliźniego była zawsze w Kościele i dziś być musi znakiem, sprawdzianem autentycznego życia wiary. Jakże często przypominał to bp Karol.

Bp Pękala przez długie lata był centralą, głową, sercem, nerwem i duszą "Caritas" w naszym kraju. To była "zasadnicza służba bpa Pękali, którą pełnił całą swoją biskupią i człowieczą istotą, całym swoim jestestwem" (Kard. K. Wojtyła na pogrzebie bpa K. Pękali). Służba, którą pełnił z wielką odwagą i godnym podziwu rozmachem.

Nic tedy dziwnego, że właśnie bpowi Pękali - człowiekowi, kapłanowi, biskupowi przybranemu w miłość - przypadło pełnić dwukrotnie, z upoważnienia Konferencji Episkopatu Polski, rolę reprezentanta "Caritas" w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej i że zadanie to wypełnił chlubnie, godnie i owocnie.

W działalności charytatywnej bpa Pękali pewne momenty zasługują na szczególne podkreślenie:

a) Mając wyczulony zmysł sprawiedliwości kładł wielki nacisk na uczulenie kapłanów na potrzeby bliźnich oraz na uwrażliwienie opinii publicznej na problemy nędzy, cierpienia i obowiązek niesienia pomocy potrzebującym.

Reprezentował pogląd, że ubodzy, chorzy, opuszczeni, potrzebujący pomocy winni być w centrum każdej aktywności duszpasterskiej, w głoszeniu Ewangelii, w życiu sakramentalnym i modlitwie oraz w działalności społecznej, że trzeba więcej uwagi poświęcać tym problemom w katechizacji, w duszpasterstwie rodzin i stowarzyszeń czy bractw kościelnych.

Za wygodny błąd uważał wyolbrzymianie problemu seksualnego za cenę zagłuszania miłości Boga i bliźniego.

Z ust bpa Pękali wciąż płynęły zachęty "Cała tę miłość, którą pragniemy ofiarować Bogu, okazujmy bliźnim. On ją przyjmie, jakbyśmy Jemu to ofiarowali"; "Cała świętość polega na miłości wzajemnej, to są uczynki, których chce od nas Bóg"; "Jeśli tylko miłość będzie miedzy nami, wystarczy"; "Nikogo nie wolno wykluczać ze swej miłości, serca i miłości powinno starczyć dla wszystkich, a już szczególnie dla pogardzanych i poniżanych"; "W Kościele nikt nie jest obcy, tu każdy winien czuć się bratem czy siostrą"; "Każdego katolika a już szczególnie każdego kapłana obowiązuje hasło: "Być zawsze do dyspozycji bliźnich", by i o nas mówiono "Patrzcie jak oni się miłują"; "Pod koniec życia sądzeni będziemy z miłości".

b) Przykładał wielką wagę do pogłębiania życia łaski w duszach działaczy "Caritas". Zdawał sobie sprawę, że najlepsze formy statutowe i liczebność członków nie ożywią martwych obszarów ludzkiej obojętności i sceptycznego nastawienia, toteż kładł nacisk na duchowe urobienie działaczy "Caritas" przez rekolekcje, dni skupienia, konferencje, różne dokształcania i spotkania zmierzające do wytworzenia u uczestników pełnego pasji zaangażowania w podjętą akcję. Kładł nacisk, by ludzie ci w odosobnieniu, w modlitwie, w rozważaniu Ewangelii gromadzili światło i siły dla własnej duszy, by następnie mogli ruszyć w drogę i czynić drugim dobrze... Na wzór naszego Pana i Mistrza... Uznawał działanie przemodlone na rozmowie z Bogiem, po spotkaniu z Nim w miejscu odosobnienia, na pustyni, która jest miejscem dotlenienia się Bogiem. Chodziło mu o to, by wnętrze działacza charytatywnego było pełne Boga, by Nim było napełnione po brzegi, by w ciemności nędzy ludzkiej szedł nie z żarówką czy elektrycznym reflektorem, ale z iskrą Bożą, ale z ogniem gorejącym, który jest nieodłącznym warunkiem tego, by człowiek posłany przez Kościół do "czynienia miłosierdzia" nie był tylko gadającą książką czy odtwarzaną taśmą magnetofonową, ale prawdziwie uczniem Chrystusowym, uczniem o sercu napełnionym przyjaźnią i miłością Bożą o wielkiej intensywności. Chodziło mu o to, by połączyć czyn Marty i postawę duchową Marii. Chodziło mu zawsze nie o formalną przynależność, lecz o żywe zainteresowanie działaczy pracami, w których uczestniczą.

Był nieugięty, nieustępliwy i bardzo konsekwentny w swoim najgłębszym przekonaniu, że głównym i podstawowym założeniem wszelkiej zewnętrznej działalności społecznej prowadzonej przez Kościół musi być troska o rozwój życia wewnętrznego. "Nie ma apostołów świeckich bez ascezy, bez bogatego życia wewnętrznego" - powtarzał. Wydaje się, że mimo tylu lat od jego śmierci jest on jak gdyby żywy i obecny jeszcze dziś w tej koncepcji.

c) W zakresie organizowania opieki nad chorymi bp Pękala kładł wielki nacisk na pogłębianie i poszerzanie świadomości doniosłego zadania, jakie mają do spełnienia na gruncie nadprzyrodzonym ludzie cierpiący. Niestrudzenie głosił: "Nie wolno marnować potencjału ludzkiego cierpienia"; "Doceniajmy wartość obecności wśród nas osób upośledzonych"; "Chrystus wzywa chorych do szczególnego naśladowania Go w niesieniu Jego krzyża, zaś ułomnych zaprasza, by przyjęli swoją ułomność jako Jego jarzmo, jako drogę Jego śladami".

Podkreślał, że w Kościele człowiek cierpiący to nie tylko obowiązkowy przedmiot troski charytatywnej, w człowieku cierpiącym winno się dostrzegać pełnoprawnego członka Kościoła mającego trudne i ważne zadania do spełnienia. Chodzi o osobisty wkład cierpiących w dzieło zbawienia. Wszak w nich Chrystus kontynuuje swoją zbawczą Mękę, a cierpiący chrześcijanin powinien, w miarę swoich możliwości, świadomie i aktywnie z Chrystusem współdziałać.

Budzenie świadomości, że nawet najciężej chory czy całkowicie unieruchomiony człowiek nie jest nieużyteczny, przeciwnie przez włączenie swych cierpień w Mękę Chrystusa może wyjednać ogromne łaski dla świata i być rzeczywiście apostołem - bp Karol uważał za jeden z zasadniczych elementów w pracy nad chorymi. Chodziło mu o to, by chory widział i doceniał apostolskie możliwości tkwiące we własnym cierpieniu, by miał świadomość, że cierpienie przyjęte w zjednoczeniu z cierpiącym Chrystusem ma nieporównalną z niczym skuteczność w urzeczywistnianiu Bożego planu zbawienia. Szczególnie troszczył się o to, by zachęcano chorych do włączania zasług płynących z cierpienia znoszonego z poddaniem się woli Bożej w dzieło misyjne, w ewangelizację świata. "Choć nie widzimy ludzi, którzy są gdzieś daleko, nad Gangesem, czy nad jeziorem afrykańskim, ale Bóg od nas wymaga, abyśmy ich sercem ujrzeli oraz objęli swoim cierpieniem i swoją modlitwą" - zwykł powtarzać.

Zobowiązywał duszpasterzy do szczególnej troski o rozwój duchowy ludzi cierpiących, by w ten sposób dopomagać im w jak najlepszym wypełnianiu ich funkcji cierpiącego członka Mistycznego Ciała Chrystusa. Nawoływał: "Wychowujmy chorych do chrześcijańskiego przeżycia cierpienia"; "Uczmy chorych łączyć ich cierpienia z cierpieniami Jezusa"; "Pomóżmy chorym i ułomnym zastanowić się nad ich losem w świetle wiary, która uczy dostrzegać w nim wezwanie do udziału w zbawczym cierpieniu Chrystusa".

Z godną podziwu wytrwałością przekonywał kapłanów, siostry zakonne i świeckich działaczy do wytworzenia takiego stylu pracy nad chorymi i upośledzonymi, by cierpiący chrześcijanin, który ma "dopełniać cierpień Chrystusa" miał możliwość jak najpełniejszego włączania się w życie religijne parafialnej wspólnoty przez częstą Komunię św., częste uczestniczenie w Najświętszej Ofierze, w pielgrzymkach organizowanych dla chorych itp. Dzięki temu chory zdobywa nowe wartości duchowe, którymi wzbogaca parafię i cały Kościół.

Bp Pękala głosił słowem i piórem: "Wcielajmy w praktykę duszpasterską prawdę, że "Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata... co niemocne... wzgardzone" (l Kor 1,27-28). To co ludziom wydaje się słabe i ułomne, dla Boga jest przedmiotem szczególnej miłości i upodobania. Ten Boży wybór jest też zadaniem i zobowiązaniem dla Kościoła i każdego chrześcijanina".

"Po to jest Kościół, aby jak Chrystus pochylał się nad cierpieniem i przynosił ulgę"; "Umiejmy spotkać Chrystusa Ukrzyżowanego w każdym z naszych cierpiących braci. Miłość, jaką im okazujemy, posługa, jaką w stosunku do nich wypełniamy - jest Jemu samemu okazana, jest w stosunku do Niego spełniona"; "Ofiarujmy chorym naszą wiarę i przeświadczenie o ich szczególnym podobieństwie do cierpiącego Chrystusa oraz przekonanie, że przez swoje cierpienie mają szczególny udział w tajemnicy odkupienia świata, którego Chrystus dokonał przez krzyż"; "Oceniajmy wartość człowieka nie tylko według jego pracy, pensji, zarobku, zaradności, ale także według wartości duchowych, jakie przynosi człowiek chory, jeśli swój krzyż przyjmuje jako wyraz woli Bożej"; "Nasza miłość winna rozjaśniać mrok ciężkiego losu naszych braci i sióstr, którzy są słabi, bezradni, pozbawieni czegoś, co nam jest dane, czym cieszymy się każdego dnia"; "Zbliżajmy się do ludzi skazanych na poruszanie się przy pomocy wózka, ludzi przykutych do loża boleści, nieuleczalnie chorych ze świadomością, że Chrystus jest w nich obecny, z przekonaniem, ze jesteśmy ich dłużnikami" - oto niektóre myśli, jakie bp Pękala zwykł poruszać na spotkaniach z opiekunkami rejonowymi i przy innych okazjach. Poruszał niestrudzenie.

d) Uczył organizować dobroczynność w parafii - dzisiaj i u nas. Działalność charytatywna w naszych warunkach - według bpa Karola - to nie tylko pomoc materialna, na którą wciąż jest i będzie zapotrzebowanie. Świadczenie pomocy polega dziś nie tyle na świadczeniu dóbr materialnych, ile na udzielaniu siebie, swego serca, czasu, sprawności, swojej inwencji - co jest znacznie trudniejsze. Ludzie w podeszłym wieku, przewlekle chorzy, inwalidzi potrzebują okazania im serca, pamięci, zainteresowania, potrzebują naszej pomocy w załatwianiu ich spraw urzędowych, w zakupach, w dowiezieniu czy doprowadzeniu do przychodni czy kościoła, w pójściu z nimi na spacer itp. Potrzebują naszego niedospania, naszego niedojedzenia i niedoodpoczywania.

Często wracał w swoich prelekcjach i konferencjach do tragedii ludzi samotnych i opuszczonych, zdanych na samych siebie, gdy wszyscy domownicy wychodzą do pracy czy szkoły. Starał się uczulić na smutny los ludzi starych, którzy nie mają już sił, by samemu zdobyć wszystko, co niezbędne do życia. Jak wielkim dobrodziejstwem dla tych nieszczęśliwych ludzi jest w takich momentach ktoś kto pomoże, usłuży, przyniesie wody ze studni, poda szklankę gorącej herbaty; a nawet tylko przemówi, opowie, zażartuje, skieruje dobre spojrzenie. A może ulży doli przez dostarczenie dobrej lektury, prasy katolickiej, przeczytanie Ewangelii czy nawet gazety, odtworzenie z taśmy magnetofonowej jakiegoś nabożeństwa.

Pan Jezus w Ogrójcu, gdy walczył o przyjęcie swego losu, także prosił uczniów, by byli przy Nim.

e) Ogromny nacisk kładł na to, by w działalności charytatywnej mocno było akcentowane indywidualne, osobowe podejście do tych, którym świadczymy pomoc, by wszystkich potrzebujących nie podciągać pod jeden mianownik, gdyż oni chcą być i są pewnymi indywidualnościami, co należy uszanować. Inaczej trzeba podejść do sklerotycznej babki, a inaczej do młodziutkiej dziewczyny, która choć kaleka, ale się zakochała, inaczej do debila, inaczej do inteligenta, bo ci ludzie mają różne problemy, różny ich poziom i różne wymagania i różna skala odczucia, różny jest ich stopień uczulenia na tle szacunku dla ich człowieczeństwa.

Wszyscy pod jednym względem są tacy sami: chcą być traktowani jak ludzie, chcą kochać i chcą być kochani. Pragną dobrego słowa, pociechy, otuchy, nadziei, radości. A są wrażliwsi od zdrowych, nieraz przewrażliwieni. Chrystus jest w każdym z nich. Od nas zależy, czy Go poznamy, czy na drodze prowadzącej z Jerozolimy do Emaus ujrzymy w zwykłym człowieku Zmartwychwstałego. Ujrzymy i zaprosimy pod swój dach, jak owi uczniowie z Emaus.

Tak więc bp Pękala nie tylko ukazywał co czynić, ale jak czynić, by być coraz bliższym innym ludziom, swym braciom w Chrystusie i to chyba jest istotny jego wkład w Kościół miłosierdzia w Polsce. To jest jego olbrzymi dorobek, wielkie, wspaniałe dziedzictwo, które nam zostawił, którym Kościół w Polsce do dziś żyje.

Przez tę działalność posuniętą do ostatecznego poświęcenia był tak bardzo zakorzeniony w Tarnowie, w Diecezji, w Polsce i w naszym ludzie oraz zaskarbił sobie tak ogromną sympatię i tak wielki szacunek jak nikt inny z grona tarnowskiego duchowieństwa lat powojennych. Stworzył nowe, świeże osady chwalebnych tradycji, które oby przetrwały jak najdłużej, które oby stały się wezwaniem, które nie przestanie wołać w sercach ludzkich.

8. Najwyraźniej Bóg działał przez niego

Mówimy o zmarłych i żałujemy, że odeszli, ale powinniśmy też dziękować Panu Bogu, że byli. I dziękujemy, że bp Karol Pękala "był" i nadal "jest" - bo żyje w pełni życia w Chrystusie. Ale żyje i w nas poprzez to co zasiał; żyje w tym co tworzył, bo to co stworzył trwa, okazało się trwalsze od niego samego, jest wciąż żywe, świeże i aktualne. Bóg jeden wie, jakie społeczne zyski ciągniemy dzisiaj z przepełnionego miłością dzieła bp Pękali.

BP KAROL PĘKALA - to imię nie tylko znane do dziś dużej liczbie ludzi, ale imię, którego przywołanie jeszcze w piętnaście lat po śmierci budzi najbardziej pozytywne skojarzenia i najmilsze przeżycia, którego wspomnienie jeszcze dziś rodzi radość i ufne spojrzenie na drugiego człowieka, wywołuje tęsknotę za tym co szlachetne, Boże, a zarazem najbardziej ludzkie...

A dzieje się to dlatego, że bp Pękala czynne miłosierdzie uważał za podstawowy obowiązek naszej wiary, a zarazem wielką chwałę i wyróżnienie nasze, że wszystko co czynił, czynił zawsze z tych samych motywów: ratować godność osoby ludzkiej środkami materialnymi i duchowymi, nieść człowiekowi cierpiącemu duchowo i cieleśnie ulgę i ukojenie, wpajać w niego wiarę, że nawet najcięższa sytuacja nie jest beznadziejna, zaspokajać jego potrzeby, ratować... leczyć.... łagodzić... Najwyraźniej Bóg działał przez niego.

Gdy się wspomina styl jego posługi kapłańskiej i biskupiej, jego wyczulenie na potrzeby drugiego człowieka, jego ofiarną, pogodną, podejmowaną z chrześcijańskim optymizmem służbę Kościołowi i każdemu potrzebującemu człowiekowi, służbę wierną, służbę, która była dawaniem siebie Chrystusowi, służbę, którą bp Karol tak wspaniale pełnił, przez którą stał się autorem dziejowych poczynań i której tak umiejętnie, wytrawnie i skutecznie uczył - wyrywa się z serca i chciałoby się wyryć w granicie lub spiżu dużymi literami: "NON EXSTINGUETUR".

"Non exstinquetur", bo było w tym człowieku coś imponującego, coś co sprawia, że wciąż wspomina się go serdecznie i ciepło, wciąż z niekłamaną wdzięcznością, wciąż ma się do niego jakiś "nabożny" stosunek, bo wciąż się wydaje, że jest on nadal jakby odblaskiem światła Chrystusa, które rozprasza ciemności dzielące człowieka od człowieka. Mówiąc o życiu bpa Pękali, trzeba mówić o miłości - rzadki, szczególny to przypadek. Być choćby tylko "trochę bpem Pękalą" - to byłoby bardzo dużo.

Jak ci, którzy uczyli się w latach szkolnych na pamięć choć kilku urywków Iliady i choć paru pieśni Horacego, mają umysł z pewnością ukształtowany nieco inaczej niż ci, do których żaden Homer i żaden Horacy nigdy nie przemówił w swoim języku, tak ci, wydaje mi się, którzy spotkali się z miłością bliźniego w wydaniu bpa Pękali innymi oczyma patrzą na drugiego człowieka niż ci, którym nie było to dane, bo bp Karol swojej miłości nie pisał, on tę miłość rzeźbił, on tą miłością promieniował... Ta miłość - jako proces - trwa w nas, choć nie umiemy tego nazwać "adekwatnym terminem".

Cenię sobie niezmiernie, że w jakiś sposób zostałem wpisany na zawsze w historię życia bpa Pękali... Chociażby przez to, że przez tyle lat byłem na co dzień przy jego boku i na co dzień przez tyle lat dane mi było żyć w atmosferze miłości, dobroci i życzliwości...

Wysławiamy cię Ojcze, Panie nieba i ziemi za to, że w każdej epoce dziejów powołujesz ludzi i zlecasz im szczególne zadania w Kościele Twojego Syna. Wielbimy Cię i dziękujemy Tobie za wszystkie dzieła Twoje, których dokonałeś przez sługę Twego Karola, biskupa.

 

KONTAKT

ul. Legionów 30, 
33-100 TARNÓW 
tel. 14/6317320, 14/6317321
fax 14/6317329 
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

NASZE AKCJE

1% PODATKU

1procent m

Program "Gniazdo"

gniazdo

Wigilijne Dzieło Pomocy Dzieciom

wigilijne-dzielo-pomocy-dzieciom-02

Wielkanocne Dzieło Caritas

Wielkanocne-Dzielo-Caritas

„Chleb za Chleb”

cheb-za-chleb

Program „SKRZYDŁA”

program-skrzydla

Okno Życia

okno-zycia

Bądź widoczny

badz-widoczny

GOSCIE ONLIE

Odwiedza nas 60 gości oraz 0 użytkowników.

media

      RDN NOWY SACZ    TGN    RDN MALOPOLSKA    pit format

   

WSPIERAJA NAS A

      logo gold drop 2016brukbet           suret castorama